W końcu po 3 miesiącach odwlekania 9 maja udało się zaszczepić Gabrysię na świnkę, odrę i różyczkę. Pani poinformowała nas że po ok tyg może być reakcja poszczepienna polegająca na pojawieniu się temp, zaczerwienionego gardła i coś tam z językiem...oczywiście jak coś ma być teoretycznie to u Gabrysi oczywiście występuje... W poprzedni weekend dokładnie w sob rano wstała z temp. i tak do poniedziałku, oczywiście ciężko ją było utrzymać w domu bo Majka była głównie na zewnątrz. Więc w domu była tylko przez okres temp jak tylko syrop zaczynał działać i temp spadała ona już była na zewnątrz. W środę natomiast wyskoczyła wysypka...wszędzie...pomyślałabym ze może trzydniówka ale kilka rzeczy się nie zgadza...ale jeżeli za parę dni dopadnie to Majkę to jednak będzie to...oby nie bo naprawdę mam już dość ciągłego siedzenia w domu raz z jedną raz z drugą...
A Gabrysia...ma już 17 m-cy zapomniałam już że tak małe dziecko jest tak bardzo kumate i kombinuje jak może ...wiele naśladuje po Majce ale wiele rzeczy to jej innowatorskie kombinacje. Ona i Majka razem to wybuchowa mieszanka samozapalna...
Wrzeszczą, piszczą, biją się... majka ją okłada a Gabryśka Majkę albo gryzie albo rwie jej włosy z głowy...mam przy ręce niezły pęczek do wyrzucenia, po dzisiejszej ,,awanturze,,.
Widzę, że są za sobą bardzo, jak Majka spała wczoraj u Agi a jak Gabi ja zobaczyła to tuliła się do niej, kładła na nią, całowała...
Jak Gabi gdzieś zniknie to Maja pyta gdzie jest Gabrysia...
Tylko dlaczego jak tak są za sobą to się ciągle tłuką...nie jestem w stanie znieść tych ciągłych krzyków. Może i dla nich to dobre ze jest między nimi nie duża różnica wieku ...ale tylko dla nich. Osobiście odradzam wszystkim niezdecydowanym ....
Zresztą ostatnie 4 lata były dla mnie zbyt ciężkie, zbyt dużo stresów, zmęczenia. Mówię ze moje dzieci są trudne, nieznośne... ale wiem to iż to moja wina. Moja i tylko moja...one są tylko dziećmi a to ja nie wytrzymuję tego napięcia.
Usłyszałam ostatnio od wielu osób (kobiet) że podziwiają mnie że tyle już siedzę z dziećmi w domu, że one by nie chciały, nie potrafiły, że mimo iż ciężko jest pogodzić dom, pracę, małe dzieci ... to one wolą chodzić do pracy, bo mimo iż na nic nie mają czasu a w pracy zap... to tam niestety ale odpoczywają.
Tylko, że ja nie mam już pracy, nie mam do czego wracać, moje dzieci nie chodzą do przedszkola, ja nie zarobię na opiekunkę do dwójki, i ze ja jestem głównie z tym sama...Może i użalam się nad sobą ale mam wrażenie że jestem beznadziejną matką, znerwicowana, wykończoną. Uważam iż zajmowanie się dziećmi tak na co dzień jest moim wielkim szczęściem, którego może i teraz nie jestem w stanie docenić ale tak jest, wiem ze mam szczęście, ze mogę patrzeć na ich postępy na co dzień, ale uważam także że jest to bardzo ciężka, darmowa i niewdzięczna praca.
Może i lepiej byłoby żebym poszła do normalnej pracy ale teraz to i na to nie mam szans, bo tak jak już pisałam, nie zarobię na opiekunkę, szkoda mi ze majka skończyłaby swój jedyny kontakt z rówieśnikami bo kto by ją woził do klubu malucha. Na zwolnienia tylko ja musiałabym chodzić, rano tylko ja odprowadzać gdzieś do niani i potem tylko ja odbierać...jak pójdą do przedszkola to będzie jeszcze gorzej ale taka jest kolej rzeczy...Majka jako 5 latka na pewno się dostanie do przedszkola tylko co wtedy z gabi...no ale jeszcze rok wiec nie będę gdybała...może stanę do tego czasu na nogi...
Potrzebuję jakiegoś oddechu od nich...ale jak zbliża się weekend i Paweł jest w domu, jest tyle rzeczy do zrobienia, że nie mam czasu pomyśleć o sobie, a później zaczyna się kolejny tydzień i coraz bardziej brnę w to od czego chciałam złapać dystans. Ostatnio byłam znowu u Pani psycholog w PPP w Żyrardowie i powiedziała że dzieci mają prawo drzeć się całymi dniami nawet kilka lat bo są tylko dziećmi i ze to ja powinnam odpocząć, złapać dystans bo jestem po prostu zbyt zmęczona i dlatego mnie to wszystko tak drażni...
Dziś lało cały dzień, więc dzieciom się nudziło...darły się i biły cały dzień a na zakończenie takiego dnia ja mam ochotę siąść i ryczeć z nimi...przed chwilą w końcu padły...a jutro rano pobudka i jedziemy do Klubu Malucha....
Czuję jakby we mnie były dwie osoby, jedna która tak bardzo je kocha, całuje w nocy, tuli i druga która już wyszłaby stad i nie wróciła...i to nie przez nie a przez siebie...bo jestem jaka jestem i już ciężar tego co mnie zwłaszcza ostatnio spotkało pokłada mnie na łopatki i mimo iż jednego dnia podniosę się nieco wyżej, drugiego dociska znów do podłogi. A one z pewnością na tym tracą, ale co ja mam zrobić, czy to moja wina że jest jak jest i że przyciągam kłopoty, że ciągle mam pod górkę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz